Не гарантую правільнасці, але пісалася як думалася.
SKARBUSIU
Wczoraj w pobliskiej restauracyjce zawołałam na kelnerkę:
– Siostro!
Nic takiego – wyjrzała z kuchni i zobaczyła, jak chowam się w cieniu lampy, niby jej tylko wydało, ale na samej sprawie samotna w chłodny listopadowy wieczór klijentka siedzi i pije leczniczo ogrzewającą herbatę. Znikła. Może się nie zdziwiła. Przecież nie będę tłumaczyć, że dopiero w piątek wróciłam ze szpitala.
Za drugim razem wyszło mnie pod pilną kontrolą umysłu:
– Proszę panią! Czy mogę prosić o rachuneczek?
Boleśne krakowskie nauczki z języka polskiego! Nie chcę nawet zastanawiać się czy już czy jeszcze mówię po polsku. Wytrzymałam w polskim szpitalu miesiąc ciągłego mówienia w obcym języku na wszystkie tematy – czy ktoś to w stanie zrozumieć i mnie pożalować nie tylko z przyczyny chorego płuca?
Podczas jednej z poniedziałkowych tłumnych wizyt lekarskich, odpowiedziałam na rutynowe, ale zawsze ciepłe pytanie:
– Jak pani się czuje?
– Nie mogę już więcej mówić po polsku, proszę państwa.
Nie wpisano tego do hormonogramu gorączkowania, ale innych reakcji też nie było. Wyszło nawet tak, że jak by „nie mam zamiaru wam na to do szpitalnej cholery odpowiadać, okrutnicy, torturowcy”. A może, kto wie, było to oceniano później na radzie z pozycji farmakologicznej i wysokiej leukocytozy w moim bezgrzesznym moczu. Wiadomo, język to nie choroba, język to nie lekarstwo. Kto by leczył na język polski w poskim szpitalu... Jednak odbiór – och, ten odbiór! ta zapowiadana w podręcznikach językoznawcy komunikacja!
Kiedy przytrafiło mi się stać pacjentką polskiego szpitala, od początku byłam naturalna, nawet za delikatna, za skromna jak na własną codzienność. Mimo to odbierano mnie niespodziewanie wrogo – jak osobę napiętą i strasznie nie zadowoloną, która ma do wszystkiego demonstrację wstrętu i niewiary. Co prawda w znacznym stopniu ode mnie też spodziewano się albo cywilizacyjnych przerażeń dzikarki z Białorusi, a nieraz wydawało się, że dywersji, usbekowstwa białoruskiego na tarczę przeciwkorakietową w granicach Ukrainy, bo Kraków – to strefa bardzo zaukrainiona. To, że dobrze mówię po polsku u wyższego personelu kliniki służyło za potwierdzenie mojego zasłania ze spadochronem, sąsiadkom z sal przyznawałam się do białoruskości po pierwszych skargach na życie w Polsce, no bo kto by potem wątpił że mam w kiepskim stanie cały organizm w celu przesłuchania tych ludzkich rozmów.
– Skąd pani wie? – słyszałam stale, kiedy wiedziałam, że Kaczyńscy mają siebie za bliźniaków, w jakim regionie Polska wydobywa węgiel kamienny, że Łódź od dawna ma rozwinięty przemysł włókienniczy, że Oświęcim, to Auschwitz, a nie Wieliczka, że znam na pamięć Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo, a nie przejmuję komunii świętej od przychodzącego codziennie księdza, że nawet wiem, jakie we Lwowie są problemy z wodą (przecie powstały jak sowiety zaszły), i kto prowadzi programy w polskiej telewizji.
Słowo „Białoruś”, za którą realnie zaczęłam tęsknić, kojarzyło się od pierwszej chwili jednoznacznie z olbrzymimi pomnikami Stalina-Lenina, niepozbieżnie z Łukaszenką, stojącym wprost przy granicy z giliotyną, oraz z Polakami ze wschodniego pogranicza w świetle wydarzeń świeższej daty. Krótko odpowiadałam, że mamy na Białorusi 10 milionów najróżniejszych ludzi, wprowadzałam powoli, że nie jestem z pochodzenia Polką i czy muszę, jeśli dobrze mówię po polsku, przecież od wielu narodów Polacy tego nie wymagają. Kiedy ktoś już był na wylocie ze szpitala, wszyscy zaczynali wymianę adresami i komórkami, a ja tylko pytałam:
– Będziesz chciała przyjechać do mnie na Białoruś?
Nikt, nikt nie chciał.
Kiedy z chorymi koleżankami już zaczynałam gadać o przepisach na sernik z morelami, lekarze i pielęgniarki nadal kręcili się wokół mnie w dziwnym milczeniu, więc zaczęłam obserwować swoje życie polonijne na nowym stadium rozwoju bardziej uważnie.
Miałam po prawej stronie panią Katarzynę. Najmilsza z widzianych przeze mnie siedemdziesięciopięcioletnia babcia zpod Bohni, mieszkająca s synem przy jakichś neckach i rzekach. O bezstresownym tempie mówienia, promieniującym cichym uśmiechu, o naturalnie błękitnych oczach i o wyszczuplałym ale długim warkoczyku z czerwoną wstążką od złego uroku. Jeszcze prawie tydzień przed wprowadzeniem do jej diety morfiny była bardzo radosna życia, prosiła o „granie” telewizora, rozmawiała w swojej zabawnej mazurzącej i okającej gwarze, przerażała pamięcią, wzrokiem i słychem, i tylko stałe pomrukiwanie, zastepujące jęczenie, wykrywało, że ma swoje bóle.
Pani Kasia mówiła do wszystkich, oprócz bezwzględnie wielce szanownych lekarzy, „skarbusiu” – do sióstr-pielęgniarek, do nas, kto był z nią na sali, i już na drugi dzień każdy mówił do niej „nasz ukochany skarbusiu” i był z nią bardzo uprejmy. Nie oceniałam wtedy to słowo ponad to, że jest zabawnym zdrobnieniem, jak zresztą i „kawusia” i „siostrusiu”, i gwarowe „mom”, „ziemnioki”, „buroki”, „gornuszek”, „gołka”, „jojko”. Leżałam i wyodrębniałam „cechy dialektalne” na wszytkich poziomach jej języka, malując sobie obraz, że zapyta się o to pani profesor, a ja już wszystko na ucho wyznaczyłam.
Jakiegoś dnia w oczekiwaniu poważnego zabiegu na przełyku do nas dołączyła się pani Stefania Agata Przybyło, która cieszyła się, że doczeka się już-tuż operacji i polepszenia, i wesoło gadała ze wszystkimi, goniła po salach i korytarzach i podnosiła nam z babcią Kasią humorki. Była świetna – bez przesady jeszcze jeden „skarbusiu”. Pomagała, opowiadała, lubiła włączyć na głos piosenki kresowe – od sokołów do trenów o księdzu Popiołuszce, przemawiała z telewizją różaniec po czym słodko spała, marzyła o jedzeniu i naprawdę doczekała się dobrego wyniku. Przyjechała zpod Rzeszowa. Z zupełnie inną gwarą i co ciekawe – o innym imieniu. Lekarze do niej mówili – „pani Stefanio”, jak w dowodzie osobistym, a nas oznajmiła, że jest „Jadzia”, bo takie imię podobało się jej babci.
W jej ustach ja też nie byłam Inesą, – szybko przerobiła mnie na Izkę i było ok, bo na przechrzczenia już miałam imunitet. Jedna pani nazywała mnie dla przykładu panią Dorotką, i prosiła, wołając do mnie: „pani Dorotko! (nasilanie głosu) Pani Dorotko! (ostatnie nasilanie głosu) Pani Dorotko! (osłabienie głosu, bezradne milczenie)”. Starałam się nie reagować na to, nie wyglądać przez ramię, stawić się z rozumieniem do obcego bredzenia we śnie. Ale ta bezradność w głosie, która zgasała w milczenie mnie rzeczywiście niepokoiła i szłam wtedy do dyżurki i mówiłam, że nasza chora sąsiadka ciągle boleśnie przywołuje do jakiejś nieobecnej pani Dorotki, że wiele razy, potwierdzam, robiła to jakby ja jestem tą panią Dorotką. Czeka na kogoś. Potrzebuje czyjejś pomocy. Może panie siostry lepiej wiedzą – kto to jest? kim jest ta pani Dorotka? jak ma na imię córka? Tak że – być Izką na kilka dni w szpitalu – któż by na to się nie zgodził, tym bardziej, że nasza Stefania Agata Przybyło z domu Łącka chyba przez całe życie była Jadzią.
Miałam teraz komplet wspaniałych sąsiadek – „naszego ukochanego skarbusia” po prawej stronie i Jadzię po lewej. Leżałam pośrodku trzyosobowej sali, i dla mnie wszystko powtarzano po Jadzi – ona dostawała kubeczek z lekami, potem ja, potem „skarbuś”, dla Jadzi zupka, kawka, potem dla mnie, ostatni wszystkiego dostawał nasz niejadek pani Kasienia, do Jadzi pierwszej podchodzili podczas wizyty lekarskiej, potem do mnie, potem do pani Kasi, jej nazwisko wymieniają, potem moje z przekręceniem, potem pani Katarzyny.
Podjedzie siostra do Jadzi z lekami i mówi:
– Pani Przybyło...
Skręcam głowę w lewo i myślę wtedy:
– Biedna Jadzia, znów jej przybyło tej otruty.
Do mnie podjedzie:
– Pani Kuryna (to od Kuryan)...
Daje tyle jak wcześniej. Myślę sobie:
– Dzięki Bogu, u mnie bez zmian.
Idzie siostra z wózkiem dalej do pani Kasi i mówi:
– Pani Podsiadło...
– Słowo nowe, – myślę i skręcam głowę w prawo, – regionalne, – ale u „skarbusia” leków najprawdopodobniej się zmniejszyło, fajnie „skarbusiowi”.
– A ile ż tych ziorków mi dano, pół gornuszka mom! – zaglądała „skarbusiu” do plastykowego mierniczka z tabletkami, a ja do niej:
– Przecież już troszkę mniej, pani Katarzyno! Podsiadło! A dla mnie ani przybyło ani podsiadło.
Nie wiedziałam wtedy, że to są nazwiska moich koleżanek. Było to w pierwsze parę dni naszego zapoznania się, Jadzia natomiast już od tych pierwszych dni zwróciła moją uwagę na coś bardzo ważnego i korzystnego.
Z rana, gdzieś o 7.00, łańcuszkiem szła przez korytarz nowa zmiana wspaniałych, cierpliwych, troskliwych polskich lekarek, pielęgniarek i sprzątaczek. Jadzia natychmiast podnosiła głowę z poduszki i się słodko z każdą witała:
– Dzień dobry siostreńko! Dzień dobry zoreńko! Dzień dobry kocuniu! A co tam na polku?
Nowy personel przynosił za sobą krótkoczasowe przeciągi, poranną świeżość powietrza na swoich kurtkach i płaszczach, siostry rozscielały tę świeżość poprawkami pościeli i dotyk przyjemnego zimna był w zmienionych piżamach. Było takie wrażenie, by w szpitalnych dusznościach zamiast gałek ziemniaków zawsze podawali gałki lodów. I raptem wysokosłodzoną polewą na ten smak lodów wylewała się grzeczna Jadzia. I już. Drzwi z przeciągami pozamykane, siostry pachną gorącą „kawusią”, do łóżka, pani Kuryna, i czekać na „gołkę ziemnioków”!
Ale wszyscy się ciepło witali z Jadzią, zatrzymywali się u progu, opowiadali, „że na polku jak nudno, to ciemno”, że dużo prawdziwków, że córunia przyjechała z Niemiec, że wszystko po zabiegu będzie dobrze, że zupkę jej zmielą i ogrzeją, że dodatkowy cukier do kawki przyniosą z kuchni, i tylko ja nadal byłam bez specjalnej uwagi i nie obdarzano mnie z naszej trójki żadną sympatią.
– Dać! – mówiły do mnie pielęgniarki, jeśli czegoś nie umiałam zrobić. – Położyć się! Ścisnąć zęby! Chwycić się! – w moich uszach to brzmiało niesprawiedliwie.
Nie pamiętam, kiedy zrozumiałam, że MUSZĘ nauczyć się używania zdrobnień. Napewno wkrótce po przyjściu do nas Jadzi. Cała prawda odbioru przeze mnie szpitalnego świata i mnie w nim chowała się w powiedzeniu „na polu jak nudno, to ciemno”. Przecież tyle razy już je słyszałam, te śmieszne foremki leksykalne, sto lat przed Jadzią, ale nikt, wtym nasz „kochany skarbusiu”, nie był tak natrętnie zdeminutyzowany, że aż kapiało ze słów sztucznym miodem. Z mojego punktu widzenia.
Zaczęłam z przetłumaczenia tego na nasz język szpitalny – nie do zniesienia – nie daj się Ineso zkrysztalizować i zbursztynować w tej lepkiej smole – brrr! „pani siostrusiu, kochana, czy mogę prosić o basenik, bo brzuszek mi się rozleciał” – „санитарочка, любимая, ты разрешишь мне попросить у тебя уточку, потому что мой стульчик сломался”. Widzę przed sobą miejski szpital nr 2 w Mińsku i próbuję krzyczeć przez tamte podwójne drzwi. Wariacko to wygląda. Co prawda, w odwrotnym tłumaczeniu naszych typowych szpitalnych zwrotów na polski wyglądało to też śmiesznie – siedzi pacjentka z Białorusi, nie mówi zdrobnień i do wszystkich przemawia jak w sejmie.
– Nie chcem, – powiedizałam wtedy sobie, – ale muszem.
Jedynie, że trzeba się ograniczyć do „pani siostry”, bez venfloników, kroplóweczek i dreników:
– Dzień dobry, siostrusiu!
Nie, nie umiem tego artykulować. No, wreszcie, ktoś do mnie mówił w dzieciństwie „Inusia”. Nie, to w dzieciństwie. Tu też – Zosiu, Jasiu, Piotrek, Kacperek – opowiadają kobiety o wnuczusiach. Mnie też Kacperek się wcale nie podoba – nie do mojego dziecka niech to bedzie przyłożone, bo jak słyszę, wydaje mi się, że ktoś zębami trzaska żurawiny, ale kogo tu obchodzą moje gusty, teraz Kacperkiem jest co nowy Polak, a ja nadal nie mogę dogadać z personelem. Lepiej tak:
– Dzień dobry, siostruniu! siostrulu! siostruchno!
Jak nasze – „матуля, матухна”. Głupio to brzmi, archaicznie. Nie idzie. Będę mówić „siostrzyczko”. Dawałam to słowo studentom w dyktando, więc artykuluję go najlepiej.
– Siostrzyczko! Dostałam biegunki...
Nie najgorzej, przypomina rosyjski lazaret podczas pierwszej wojny światowej, pokazywany w filmach – przynajmniej będzie jakieś poparcie językowe. Ale tam się tak krzyczało chyba tylko podczas gangreny.
Nie wiedziałam, że mam jeszcze tyle nie przełamanych barier w języku polskim.
Kto po raz pierwszy siusiał w wieku 40 lat do pampersa – ten mnie zrozumie – to jak zjeżdżanie na pupci ze skoczni – na początku licho to wyjdzie, a potem już tylko się uśmiechać ustkami bez ząbków i czekać, aż mamusia ci go zmieni.
Więc z rana, w kolejności po Jadzi, powiedziałam „siostrzyczko!”, a zatem „siostrusiu”, „siostrusiu kochana” i wszystko się zakręciło.
Pani „dochtór” zaczęła do mnie mówić „kotku, daj ci zbadam brzuszek”, pani dietetyczka proponowała dwa kompociki, „siostrusie” dobierały mnie górę, dół i rozmiar piżamki, a przy zmianie opatrunku pani przymawiała „no daj że ci pomóc, złotko”. Zaczęłam być rozpieszczona, lubiana jak Jadziunia i babcia Kasienia, zaczęłam nabierać wdzięczności i się wreszcie zdrowić.
Gdzieś w tym okresie dostałam z Mińska smskę od znajomych po rosyjsku: „Неукоснительно выполняй все предписания врачей! Ты должна бороться с недугом, чтобы вернуться к сыновьям, снова начать активный образ жизни. Ты сильная, ты справишься”. Zapytałam się wtedy w odpowiedzi, czy „ты сильная” nadal zostaje komplementem dla chorej kobiety na Białorusi? Napisali do mnie, że wszystko rozumieją, że w szpitalach nikt nie ma dobrego humoru. Czy naprawdę mnie rozumieli?
Akurat do nas po Jadziuni przyszła pani Mila i westchęła w rozmowie z mężem:
– Nie wyobrażam sobie, misiu, jak można do męża zwracać się po imieniu – Michale! Brzydko to brzmi.
Mam jeszcze czym poprawić humory, a nie? Czy będzie jeszcze okazja – a niech by jej lepiej i nie było – urządzić dla siebie taką wewnetrzną maskaradę i trochę pobalować wsród venfloników, kroplóweczek, dreników, strachu i bólu – przecież do kelnerki powiedziałam już „siostro!”, a nie „siostrusiu!”, „siostrzyczko!” „siostruniu kochana!”
SKARBUSIU
Wczoraj w pobliskiej restauracyjce zawołałam na kelnerkę:
– Siostro!
Nic takiego – wyjrzała z kuchni i zobaczyła, jak chowam się w cieniu lampy, niby jej tylko wydało, ale na samej sprawie samotna w chłodny listopadowy wieczór klijentka siedzi i pije leczniczo ogrzewającą herbatę. Znikła. Może się nie zdziwiła. Przecież nie będę tłumaczyć, że dopiero w piątek wróciłam ze szpitala.
Za drugim razem wyszło mnie pod pilną kontrolą umysłu:
– Proszę panią! Czy mogę prosić o rachuneczek?
Boleśne krakowskie nauczki z języka polskiego! Nie chcę nawet zastanawiać się czy już czy jeszcze mówię po polsku. Wytrzymałam w polskim szpitalu miesiąc ciągłego mówienia w obcym języku na wszystkie tematy – czy ktoś to w stanie zrozumieć i mnie pożalować nie tylko z przyczyny chorego płuca?
Podczas jednej z poniedziałkowych tłumnych wizyt lekarskich, odpowiedziałam na rutynowe, ale zawsze ciepłe pytanie:
– Jak pani się czuje?
– Nie mogę już więcej mówić po polsku, proszę państwa.
Nie wpisano tego do hormonogramu gorączkowania, ale innych reakcji też nie było. Wyszło nawet tak, że jak by „nie mam zamiaru wam na to do szpitalnej cholery odpowiadać, okrutnicy, torturowcy”. A może, kto wie, było to oceniano później na radzie z pozycji farmakologicznej i wysokiej leukocytozy w moim bezgrzesznym moczu. Wiadomo, język to nie choroba, język to nie lekarstwo. Kto by leczył na język polski w poskim szpitalu... Jednak odbiór – och, ten odbiór! ta zapowiadana w podręcznikach językoznawcy komunikacja!
Kiedy przytrafiło mi się stać pacjentką polskiego szpitala, od początku byłam naturalna, nawet za delikatna, za skromna jak na własną codzienność. Mimo to odbierano mnie niespodziewanie wrogo – jak osobę napiętą i strasznie nie zadowoloną, która ma do wszystkiego demonstrację wstrętu i niewiary. Co prawda w znacznym stopniu ode mnie też spodziewano się albo cywilizacyjnych przerażeń dzikarki z Białorusi, a nieraz wydawało się, że dywersji, usbekowstwa białoruskiego na tarczę przeciwkorakietową w granicach Ukrainy, bo Kraków – to strefa bardzo zaukrainiona. To, że dobrze mówię po polsku u wyższego personelu kliniki służyło za potwierdzenie mojego zasłania ze spadochronem, sąsiadkom z sal przyznawałam się do białoruskości po pierwszych skargach na życie w Polsce, no bo kto by potem wątpił że mam w kiepskim stanie cały organizm w celu przesłuchania tych ludzkich rozmów.
– Skąd pani wie? – słyszałam stale, kiedy wiedziałam, że Kaczyńscy mają siebie za bliźniaków, w jakim regionie Polska wydobywa węgiel kamienny, że Łódź od dawna ma rozwinięty przemysł włókienniczy, że Oświęcim, to Auschwitz, a nie Wieliczka, że znam na pamięć Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo, a nie przejmuję komunii świętej od przychodzącego codziennie księdza, że nawet wiem, jakie we Lwowie są problemy z wodą (przecie powstały jak sowiety zaszły), i kto prowadzi programy w polskiej telewizji.
Słowo „Białoruś”, za którą realnie zaczęłam tęsknić, kojarzyło się od pierwszej chwili jednoznacznie z olbrzymimi pomnikami Stalina-Lenina, niepozbieżnie z Łukaszenką, stojącym wprost przy granicy z giliotyną, oraz z Polakami ze wschodniego pogranicza w świetle wydarzeń świeższej daty. Krótko odpowiadałam, że mamy na Białorusi 10 milionów najróżniejszych ludzi, wprowadzałam powoli, że nie jestem z pochodzenia Polką i czy muszę, jeśli dobrze mówię po polsku, przecież od wielu narodów Polacy tego nie wymagają. Kiedy ktoś już był na wylocie ze szpitala, wszyscy zaczynali wymianę adresami i komórkami, a ja tylko pytałam:
– Będziesz chciała przyjechać do mnie na Białoruś?
Nikt, nikt nie chciał.
Kiedy z chorymi koleżankami już zaczynałam gadać o przepisach na sernik z morelami, lekarze i pielęgniarki nadal kręcili się wokół mnie w dziwnym milczeniu, więc zaczęłam obserwować swoje życie polonijne na nowym stadium rozwoju bardziej uważnie.
Miałam po prawej stronie panią Katarzynę. Najmilsza z widzianych przeze mnie siedemdziesięciopięcioletnia babcia zpod Bohni, mieszkająca s synem przy jakichś neckach i rzekach. O bezstresownym tempie mówienia, promieniującym cichym uśmiechu, o naturalnie błękitnych oczach i o wyszczuplałym ale długim warkoczyku z czerwoną wstążką od złego uroku. Jeszcze prawie tydzień przed wprowadzeniem do jej diety morfiny była bardzo radosna życia, prosiła o „granie” telewizora, rozmawiała w swojej zabawnej mazurzącej i okającej gwarze, przerażała pamięcią, wzrokiem i słychem, i tylko stałe pomrukiwanie, zastepujące jęczenie, wykrywało, że ma swoje bóle.
Pani Kasia mówiła do wszystkich, oprócz bezwzględnie wielce szanownych lekarzy, „skarbusiu” – do sióstr-pielęgniarek, do nas, kto był z nią na sali, i już na drugi dzień każdy mówił do niej „nasz ukochany skarbusiu” i był z nią bardzo uprejmy. Nie oceniałam wtedy to słowo ponad to, że jest zabawnym zdrobnieniem, jak zresztą i „kawusia” i „siostrusiu”, i gwarowe „mom”, „ziemnioki”, „buroki”, „gornuszek”, „gołka”, „jojko”. Leżałam i wyodrębniałam „cechy dialektalne” na wszytkich poziomach jej języka, malując sobie obraz, że zapyta się o to pani profesor, a ja już wszystko na ucho wyznaczyłam.
Jakiegoś dnia w oczekiwaniu poważnego zabiegu na przełyku do nas dołączyła się pani Stefania Agata Przybyło, która cieszyła się, że doczeka się już-tuż operacji i polepszenia, i wesoło gadała ze wszystkimi, goniła po salach i korytarzach i podnosiła nam z babcią Kasią humorki. Była świetna – bez przesady jeszcze jeden „skarbusiu”. Pomagała, opowiadała, lubiła włączyć na głos piosenki kresowe – od sokołów do trenów o księdzu Popiołuszce, przemawiała z telewizją różaniec po czym słodko spała, marzyła o jedzeniu i naprawdę doczekała się dobrego wyniku. Przyjechała zpod Rzeszowa. Z zupełnie inną gwarą i co ciekawe – o innym imieniu. Lekarze do niej mówili – „pani Stefanio”, jak w dowodzie osobistym, a nas oznajmiła, że jest „Jadzia”, bo takie imię podobało się jej babci.
W jej ustach ja też nie byłam Inesą, – szybko przerobiła mnie na Izkę i było ok, bo na przechrzczenia już miałam imunitet. Jedna pani nazywała mnie dla przykładu panią Dorotką, i prosiła, wołając do mnie: „pani Dorotko! (nasilanie głosu) Pani Dorotko! (ostatnie nasilanie głosu) Pani Dorotko! (osłabienie głosu, bezradne milczenie)”. Starałam się nie reagować na to, nie wyglądać przez ramię, stawić się z rozumieniem do obcego bredzenia we śnie. Ale ta bezradność w głosie, która zgasała w milczenie mnie rzeczywiście niepokoiła i szłam wtedy do dyżurki i mówiłam, że nasza chora sąsiadka ciągle boleśnie przywołuje do jakiejś nieobecnej pani Dorotki, że wiele razy, potwierdzam, robiła to jakby ja jestem tą panią Dorotką. Czeka na kogoś. Potrzebuje czyjejś pomocy. Może panie siostry lepiej wiedzą – kto to jest? kim jest ta pani Dorotka? jak ma na imię córka? Tak że – być Izką na kilka dni w szpitalu – któż by na to się nie zgodził, tym bardziej, że nasza Stefania Agata Przybyło z domu Łącka chyba przez całe życie była Jadzią.
Miałam teraz komplet wspaniałych sąsiadek – „naszego ukochanego skarbusia” po prawej stronie i Jadzię po lewej. Leżałam pośrodku trzyosobowej sali, i dla mnie wszystko powtarzano po Jadzi – ona dostawała kubeczek z lekami, potem ja, potem „skarbuś”, dla Jadzi zupka, kawka, potem dla mnie, ostatni wszystkiego dostawał nasz niejadek pani Kasienia, do Jadzi pierwszej podchodzili podczas wizyty lekarskiej, potem do mnie, potem do pani Kasi, jej nazwisko wymieniają, potem moje z przekręceniem, potem pani Katarzyny.
Podjedzie siostra do Jadzi z lekami i mówi:
– Pani Przybyło...
Skręcam głowę w lewo i myślę wtedy:
– Biedna Jadzia, znów jej przybyło tej otruty.
Do mnie podjedzie:
– Pani Kuryna (to od Kuryan)...
Daje tyle jak wcześniej. Myślę sobie:
– Dzięki Bogu, u mnie bez zmian.
Idzie siostra z wózkiem dalej do pani Kasi i mówi:
– Pani Podsiadło...
– Słowo nowe, – myślę i skręcam głowę w prawo, – regionalne, – ale u „skarbusia” leków najprawdopodobniej się zmniejszyło, fajnie „skarbusiowi”.
– A ile ż tych ziorków mi dano, pół gornuszka mom! – zaglądała „skarbusiu” do plastykowego mierniczka z tabletkami, a ja do niej:
– Przecież już troszkę mniej, pani Katarzyno! Podsiadło! A dla mnie ani przybyło ani podsiadło.
Nie wiedziałam wtedy, że to są nazwiska moich koleżanek. Było to w pierwsze parę dni naszego zapoznania się, Jadzia natomiast już od tych pierwszych dni zwróciła moją uwagę na coś bardzo ważnego i korzystnego.
Z rana, gdzieś o 7.00, łańcuszkiem szła przez korytarz nowa zmiana wspaniałych, cierpliwych, troskliwych polskich lekarek, pielęgniarek i sprzątaczek. Jadzia natychmiast podnosiła głowę z poduszki i się słodko z każdą witała:
– Dzień dobry siostreńko! Dzień dobry zoreńko! Dzień dobry kocuniu! A co tam na polku?
Nowy personel przynosił za sobą krótkoczasowe przeciągi, poranną świeżość powietrza na swoich kurtkach i płaszczach, siostry rozscielały tę świeżość poprawkami pościeli i dotyk przyjemnego zimna był w zmienionych piżamach. Było takie wrażenie, by w szpitalnych dusznościach zamiast gałek ziemniaków zawsze podawali gałki lodów. I raptem wysokosłodzoną polewą na ten smak lodów wylewała się grzeczna Jadzia. I już. Drzwi z przeciągami pozamykane, siostry pachną gorącą „kawusią”, do łóżka, pani Kuryna, i czekać na „gołkę ziemnioków”!
Ale wszyscy się ciepło witali z Jadzią, zatrzymywali się u progu, opowiadali, „że na polku jak nudno, to ciemno”, że dużo prawdziwków, że córunia przyjechała z Niemiec, że wszystko po zabiegu będzie dobrze, że zupkę jej zmielą i ogrzeją, że dodatkowy cukier do kawki przyniosą z kuchni, i tylko ja nadal byłam bez specjalnej uwagi i nie obdarzano mnie z naszej trójki żadną sympatią.
– Dać! – mówiły do mnie pielęgniarki, jeśli czegoś nie umiałam zrobić. – Położyć się! Ścisnąć zęby! Chwycić się! – w moich uszach to brzmiało niesprawiedliwie.
Nie pamiętam, kiedy zrozumiałam, że MUSZĘ nauczyć się używania zdrobnień. Napewno wkrótce po przyjściu do nas Jadzi. Cała prawda odbioru przeze mnie szpitalnego świata i mnie w nim chowała się w powiedzeniu „na polu jak nudno, to ciemno”. Przecież tyle razy już je słyszałam, te śmieszne foremki leksykalne, sto lat przed Jadzią, ale nikt, wtym nasz „kochany skarbusiu”, nie był tak natrętnie zdeminutyzowany, że aż kapiało ze słów sztucznym miodem. Z mojego punktu widzenia.
Zaczęłam z przetłumaczenia tego na nasz język szpitalny – nie do zniesienia – nie daj się Ineso zkrysztalizować i zbursztynować w tej lepkiej smole – brrr! „pani siostrusiu, kochana, czy mogę prosić o basenik, bo brzuszek mi się rozleciał” – „санитарочка, любимая, ты разрешишь мне попросить у тебя уточку, потому что мой стульчик сломался”. Widzę przed sobą miejski szpital nr 2 w Mińsku i próbuję krzyczeć przez tamte podwójne drzwi. Wariacko to wygląda. Co prawda, w odwrotnym tłumaczeniu naszych typowych szpitalnych zwrotów na polski wyglądało to też śmiesznie – siedzi pacjentka z Białorusi, nie mówi zdrobnień i do wszystkich przemawia jak w sejmie.
– Nie chcem, – powiedizałam wtedy sobie, – ale muszem.
Jedynie, że trzeba się ograniczyć do „pani siostry”, bez venfloników, kroplóweczek i dreników:
– Dzień dobry, siostrusiu!
Nie, nie umiem tego artykulować. No, wreszcie, ktoś do mnie mówił w dzieciństwie „Inusia”. Nie, to w dzieciństwie. Tu też – Zosiu, Jasiu, Piotrek, Kacperek – opowiadają kobiety o wnuczusiach. Mnie też Kacperek się wcale nie podoba – nie do mojego dziecka niech to bedzie przyłożone, bo jak słyszę, wydaje mi się, że ktoś zębami trzaska żurawiny, ale kogo tu obchodzą moje gusty, teraz Kacperkiem jest co nowy Polak, a ja nadal nie mogę dogadać z personelem. Lepiej tak:
– Dzień dobry, siostruniu! siostrulu! siostruchno!
Jak nasze – „матуля, матухна”. Głupio to brzmi, archaicznie. Nie idzie. Będę mówić „siostrzyczko”. Dawałam to słowo studentom w dyktando, więc artykuluję go najlepiej.
– Siostrzyczko! Dostałam biegunki...
Nie najgorzej, przypomina rosyjski lazaret podczas pierwszej wojny światowej, pokazywany w filmach – przynajmniej będzie jakieś poparcie językowe. Ale tam się tak krzyczało chyba tylko podczas gangreny.
Nie wiedziałam, że mam jeszcze tyle nie przełamanych barier w języku polskim.
Kto po raz pierwszy siusiał w wieku 40 lat do pampersa – ten mnie zrozumie – to jak zjeżdżanie na pupci ze skoczni – na początku licho to wyjdzie, a potem już tylko się uśmiechać ustkami bez ząbków i czekać, aż mamusia ci go zmieni.
Więc z rana, w kolejności po Jadzi, powiedziałam „siostrzyczko!”, a zatem „siostrusiu”, „siostrusiu kochana” i wszystko się zakręciło.
Pani „dochtór” zaczęła do mnie mówić „kotku, daj ci zbadam brzuszek”, pani dietetyczka proponowała dwa kompociki, „siostrusie” dobierały mnie górę, dół i rozmiar piżamki, a przy zmianie opatrunku pani przymawiała „no daj że ci pomóc, złotko”. Zaczęłam być rozpieszczona, lubiana jak Jadziunia i babcia Kasienia, zaczęłam nabierać wdzięczności i się wreszcie zdrowić.
Gdzieś w tym okresie dostałam z Mińska smskę od znajomych po rosyjsku: „Неукоснительно выполняй все предписания врачей! Ты должна бороться с недугом, чтобы вернуться к сыновьям, снова начать активный образ жизни. Ты сильная, ты справишься”. Zapytałam się wtedy w odpowiedzi, czy „ты сильная” nadal zostaje komplementem dla chorej kobiety na Białorusi? Napisali do mnie, że wszystko rozumieją, że w szpitalach nikt nie ma dobrego humoru. Czy naprawdę mnie rozumieli?
Akurat do nas po Jadziuni przyszła pani Mila i westchęła w rozmowie z mężem:
– Nie wyobrażam sobie, misiu, jak można do męża zwracać się po imieniu – Michale! Brzydko to brzmi.
Mam jeszcze czym poprawić humory, a nie? Czy będzie jeszcze okazja – a niech by jej lepiej i nie było – urządzić dla siebie taką wewnetrzną maskaradę i trochę pobalować wsród venfloników, kroplóweczek, dreników, strachu i bólu – przecież do kelnerki powiedziałam już „siostro!”, a nie „siostrusiu!”, „siostrzyczko!” „siostruniu kochana!”
3 камэнтара | Пракамэнтаваць
